niedziela, 24 października 2010

damaris II

mój Boże, tak bym chciała, żeby wypalił też trzeci rozdział. życzcie mi weny, abym zakończyła tę farsę. naprawdę mi na tym zależy mimo wszystko.
i mała część mnie jest ciekawa Waszych opinii. rozumiem, że trzeba mieć tu konto na tym całym blogspocie, ale gadu-gadu też nie gryzie, a ja wróciłam do pisania i potrzebuję opinii, zarówno pochwał, jak i krytyki. za każdą z góry dziękuję serdecznie. prezentuję drugi rozdział.
___________________________

"Damaris II"



To, o czym marzyłam najbardziej w tamtej chwili, to sytuacja, w której słyszę od niej, że kocha mnie całym sercem, tak, jak ja ją i że poprzednia deklaracja była okrutnym żartem. Wmówiłam sobie, że tak jest. Że Sophia się ze mnie naigrywa. Śmiałam się jej w twarz, śmiechem szaleńca. Musi mnie kochać!, myślałam kapryśnie. Oczywiście, nie musiała. Miłość nie zobowiązuje do niczego, nie można się też do niej zmusić. Ale ja, za to, aby usłyszeć, że mnie kocha, chciałam umrzeć. Pragnęłam również ukrócić śmiercią swoje katusze, które przeżywałam w środku. Nie mogłam znieść, że nagle wszystko przewróciło mi się do góry nogami i prawdopodobnie nigdy już nie wróci do poprzedniego stanu. Byłam jednak tchórzem i istotą na tyle żałosną, że nie potrafiłam żyć, ale nie byłam też w stanie pozbawić się życia. Uciekłam więc w stany nieważkości. Dym tytoniowy w dużych ilościach nawiedzał moje płuca każdego dnia, a w dniach wolnych od zajęć topiłam smutek w alkoholu. W chwilach skrajnej słabości kaleczyłam się. Nie chciałam o niczym myśleć, a gdy rany szczypały, skupiałam się tylko na bólu. I w taki sposób osiągałam spokój, nic mnie nie obchodziło i byłam w stanie żyć, nie postradawszy jeszcze kompletnie rozumu.
Gdy potrzebowałam rozmowy, Christopher zawsze był do mojej dyspozycji. Traktowałam go jak ratunek i przez pewien czas widziałam w nim nawet potencjalnego partnera. Całe szczęście, Maria odciągała nas od siebie, po cichu przekonywała każde z nas, że to nie ma sensu. Ona wiedziała, że nie pasowaliśmy do siebie jako miłosny duet. Oczywiście, kiedy Chris, chcąc zakończyć niezręczną sytuację, w której nasza relacja zaczęła być niebezpiecznie intymniejsza, powiedział, że kocha mnie tylko i wyłącznie jak siostrę... Możesz sobie wyobrazić, co wtedy poczułam. Ile się wtedy na niego nakrzyczałam - wiemy tylko my dwoje. Czułam się tak żałośnie, wiesz? Wszyscy kochali mnie jak siostrę, miałam ochotę wziąć coś i wyryć sobie na czole wielki napis "SIOSTRA DAMARIS". Amen. Oczywiście, długo się nie dąsałam na Christophera, był moim serdecznym przyjacielem. Zrozumiałam też wkrótce, że zawdzięczam Marii to, że powstrzymała mnie od popełnienia błędu, którym utraciłabym bliską mi osobę, możliwe, że nawet ją zraniła. Nie byłam wtedy jeszcze sprawna emocjonalnie i z biegiem czasu widzę, że w tamtym czasie nie byłam również gotowa na rozpoczęcie prawdziwego, poważnego związku. Przynajmniej nie z zaangażowaniem uczuciowym.


Co sprawiło, że po relacji z Sophią zostało we mnie tyle blizn? Gdzie leży wina? W jej egoiźmie, moim nadmiernym zaangażowaniu? A może to po prostu dwie osoby zostały połączone uczuciem w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie? Może po prostu któraś z nas była osobą nieodpowiednią, by stworzyć związek? Może obie?
Muszę Ci podkreślić, że miłość damsko-damska nie jest sama w sobie zła, moja zwyczajnie nie potoczyła się w dobrym kierunku, niestety. Ja zawsze wychodziłam z założenia, że płeć nie ma znaczenia, że ważne są tylko uczucia i to, jaki jest człowiek.
W każdym razie miałam już dosyć bólu i cierpienia, potrzebowałam przełomu. Niestety, nasiąknęłam już negatywnymi emocjami tak mocno, że przestałam myśleć, że kiedyś będzie lepiej. Nie mając celu, żyłam z dnia na dzień. Wiedziałam, że wzajemna miłość istnieje, widziałam to po znajomych parach i to, owszem, było piękne, nawet bardzo. Ale nie wierzyłam, że kiedykolwiek ja takiej doświadczę. Myślałam, że nie jest dla mnie, że nie zasługuję na coś tak wspaniałego. Nosiłam w sobie wyraźny ból pozostały z przeszłości i absolutnie nie chciałam go ukazywać w świetle dziennym. Pamiętam, jak raz pewna całkiem przypadkowa, nieznana mi dobrze osoba, spojrzała na mnie, wypuściła dym z ust i mruknęła:

- Szacunek.

Zamrugałam niepewnie, nie byłam przekonana, czy to słowo było skierowane do mnie.

- Za co? - ośmieliłam się w końcu spytać.

- Za prawdę w Twoich oczach.

To mnie spłoszyło. Od tej pory ukrywałam swoje oczy. Może to głupie. Ale pomyślałam, że może tamta osoba faktycznie miała rację - w końcu mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Chowałam je za mocnym makijażem, okularami. Byle tylko ukryć tę cholerną prawdę, której tak nienawidziłam.


Jedynym powodem, dla którego wstawałam rano z łóżka, byli moi przyjaciele. Uczyłam się żyć od nowa, cieszyć chwilami, drobnymi rzeczami. Czekałam pokornie na przebudzenie, którego tak pragnęłam.
I nastąpiła kolejna rzecz, którą będę zawdzięczać Marii do końca życia.


Pamiętam ten słoneczny, letni dzień. Pogoda była parna, a powietrze wyjątkowo ciężkie. Ale pachniało szczęściem. Postanowiłam zapomnieć o problemach i w tej krótkiej chwili pozwoliłam, by wypełniła mnie spontaniczna radość. Na końcu złapał mnie deszcz. Śmiałam się, tańczyłam pośród orzeźwiająco chłodnych kropel.
Pod koniec, późnym popołudniem, pojechałam do Marii, by poznać paru miłych ludzi. I tam nastąpił przełom. Bo widzisz, pośród tych osób był pewien człowiek, który miał mnie przebudzić. Pierwszym znakiem było jego imię.
Tristan. Uwielbiałam to imię od dawna. Znasz Patricka Wolfa, prawda? Oczywiście, że znasz. Te jego dwie piosenki, jedna zatytułowana mianem "Tristan", a druga "Damaris". Wyczuwałam tu powiązanie - obojętnie, jak naiwne i romantyczne to było, miałam to przeczucie. Rozumiesz mnie, prawda? Kobieca intuicja, tak podejrzewam.
To była najbardziej niesamowita noc w moim życiu. Leżałam tuż przy nim, wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo, a nocna cisza tak wwiercała się w umysł, że nie miałam śmiałości wykrztusić słowa. Obserwowałam go cały czas. Był przystojnym, wysokim mężczyzną, a jego ramiona wyglądały na silne. I ciepłe. Tak bardzo chciałam się przekonać, czy mam rację! Wtulić w niego, zasnąć i zapomnieć o całym świecie. Byłam na to gotowa - czekałam tylko, aż zaśnie. Po jakimś czasie jednak jego dłoń ułożyła się na mojej talii. Delikatnie, nienachalnie. Nie miał po prostu co zrobić z ręką. Nie wiem, co mi odbiło, że zgodziłam się na pomysł Marii. To znaczy, wiem czemu - od dziecka marzyłam, by się przekonać, jak to jest ze spaniem na balkonie. Ale nie sądziłam, że będzie tak twardo. Nie byłam w stanie zmrużyć oka. Podłożyłam sobie rękę pod głowę dla większej wygody i chwyciłam delikatnie jego dłoń. Splotłam nasze palce. Były całkiem różnej wielkości. Nie pamiętam, nad czym dalej kontemplowałam. Chyba po prostu w chwili, gdy mnie przytulił, przestałam myśleć. Byłam przepełniona prostym szczęściem. Mój Boże, jak on przytulał. Pomyślałam, że mogłabym go już teraz pokochać, za to, ile czułości wplata w ten uścisk. A kiedy mnie pocałował, byłam tak oszołomiona, że nie odwzajemniłam. To było cudowne, bo zrobił to tak, jak uwielbiam - delikatnie, subtelnie, zmysłowo. Jego wargi objęły moje usta, nie wpraszały się z językiem. Zapadłam w jego ramionach w półsen, z którego wybudzałam się co jakiś czas, by wtulić się w jego ciepłe ciało jeszcze mocniej.


Pamiętam poranek. Było jasno, chłodno, pachniało wiatrem i chyba zbierało się na deszcz. Wpatrywałam się w twarz Tristana, kiedy jeszcze spał. Gdy jego powieki się uchyliły, wstrzymałam oddech. Oczy... Nie wiem, co takiego jest w oczach ludzkich, że tak się na nie zwraca uwagę. Ale jego były piękne i nigdy takich nie widziałam. Miały kolor nieba po burzy. Drżałam ledwie wyczuwalnie i patrzyłam w tę głębię. Wtedy już wiedziałam: kocham. Po raz pierwszy obudziłam się lekka i jednocześnie przygnieciona uczuciem. Nowym, poznanym wcześniej już raz. Zakochałam się w tym człowieku. Mój Boże, to było najbardziej nierozsądne wyjście z mojej wcześniejszej ucieczki przed przeszłością. Ale to się po prostu stało.
I to było moje przebudzenie.

piątek, 22 października 2010

damaris I

bardzo dawno nie pisałam żadnego opowiadania. trochę mi tego brakowało, więc postanowiłam coś z tym zrobić. wiem, że powrót do formy będzie ciężki i bestsellerów pisać nie będę (bo nigdy nie pisałam). ale pisanie mi pomaga, bardzo. postanowiłam zatem odpalić serię kompletnego burdelu pisarskiego, połączenie filozofii z fikcją rzeczywistości i innymi paradoksami. trudno to nazwać w sumie. pisałam to w takiej formie, jakby ktoś opowiadał mi swoją historię, a ja wiernie bym ją spisywała. chciałam podkreślić, że wszelka zbieżność imion bądź zdarzeń jest całkowicie przypadkowa. i radzę tego nie poddawać pod wątpliwość, bo jestem nerwową dziewczynką i potrafię wyskoczyć z mordą jak będzie trzeba. fikcja literacka, i już.
cykl damaris uznaję za rozpoczęty. a ile partów będzie, to już się zobaczy. i bardzo mi zależy, żeby poprowadzić cykl od początku, do końca. dziękuję i przepraszam za tak beznadziejny kawałek, jaki tu poniżej prezentuję.
___________________________

"Damaris I"



Najrudniejsze pytanie, jakie można mi zadać, to "kim jesteś?". Kim jestem, kim byłam i kim będę? Jak zebrać każdy czynnik - zainteresowania, osobowość, uczucia, poglądy, może wygląd - do małej wypowiedzi, która posłuży za definicję mojej osoby pod względem fizycznym i psychicznym? Czy takie pytanie ma sens? W każdym etapie swojego życia zmieniamy się, czasami wręcz diametralnie. Za rok mogę kompletnie inaczej odpowiedzieć na tę kwestię, bogatsza w nowe doświadczenia, czy przemyślenia. Czy jednak naprawdę tak bardzo się zmieniamy? Może tylko nam się tak wydaje? A jeśli nie, to jaki jest sens zadawania tego pytania?
Z drugiej strony, jak inaczej dać się poznać drugiemu człowiekowi? O co innego pytać drugą osobę? Oczywiście, zapoznajemy się również z pomocą innych pytań, ale przedstawiając się, często jesteśmy proszeni o powiedzenie czegoś o sobie - "kim jesteś?". To przecież takie proste, prawda? Więc czemu czasem zastanawiamy się nad tym tak długo?
Kim jesteś, Damaris? Kim byłaś danego dnia, jak się zmieniłaś, dlaczego?


Przeszłość nawiedza mnie każdego dnia. Jest częścią mnie, nieodłączną, upartą, w większości bolesną. Każdego dnia patrzę na nią inaczej, mój pogląd się zmienia, pewne rzeczy mi się przypominają, inne umykają, jak liście rzucone do szybko płynącego strumienia.
Ostatnio pierwszy raz zaczęłam mówić o niej na głos, przed samą sobą. Zaczęłam rozważać, myśleć nad przyczynami konkretnych zmian, które zaszły we mnie. Czy to zwykły bieg czasu, lat, czy jakieś zdarzenia w moim życiu pozostawiły we mnie rany, po których już zawsze zostaną blizny?
Dlaczego przeszłość kojarzy mi się w większości negatywnie? Z bólem, żalem, nieustannym mętlikiem w głowie? Mętlik ten w końcu przybrał taki rozmiar, że nie starałam się już rozumieć czegokolwiek - swoich uczuć, zachowań, emocji. Zgubiłam siebie, tłumiłam zagubienie w gorzkim dymie i wymuszonej, sztucznej bliskości. Ale, stop. Znowu wybiegam do przodu, masz rację. Muszę zacząć od początku.


Wszystko zaczęło się od przyjaźni z Sophią. Była to piękna, młoda kobieta. Szalenie inteligentna, miała jedną wadę - nie była świadoma własnej wartości, przez co brak jej też było zdecydowania i pewności siebie. Ludzie mówili mi, że z pozoru sprawiała wrażenie bardzo chłodnej i zdystansowanej. Ja powiem Ci, jak to było naprawdę - była po prostu nieśmiała. Bardzo możliwe, że również przestraszona - piękne, czekoladowe oczy okolone gęstymi, długimi rzęsami kryły głęboko w sobie przykrą prawdę, jaką znały o życiu. Los nie oszczędził jej niewinności, a ona, niezmiennie czysta, przyjmowała codzienność z pokorą. Jako, że jest moją przyjaciółką, zdradzić Ci nie mogę dokładniej, w czym rzecz. Nie mogę i nie chcę, ale wierz mi - nigdy nie poznałam drugiej tak dzielnej kobiety, jak Sophia.
Uwielbiałam te spotkania mroźną zimą nad kubkiem gorącej czekolady. Zainspirowała mnie, zaszczepiła delikatne zamiłowanie do poezji, pomogła odkryć głębiej uroki literatury. Otworzyła moje zmysły na nowe kolory, zapachy i smaki. Ubarwiła moje życie. Z czasem wspólne szepty nad filiżanką cynamonowej herbaty stawały się cieplejsze i śmielsze. Nie obawiałam się samej miłości do kobiety. Trwogą napełniał mnie fakt, że kobieta, którą pokochałam, jest moją przyjaciółką. A często przecież się zdarzało, że miłość psuła przyjaźń. Potem następowała samotność, gryziona przez wyrzuty sumienia. Nie chciałam tego. Schowałam to uczucie do szuflady, wmówiłam sobie, że nie istnieje.
Komoda przewróciła się, gdy z jej pięknych, wykrojonych w serce ust wypłynęło wyznanie miłosne. Nigdy wcześniej nie czułam takiego szczęścia. Mogę śmiało stwierdzić, że była to pierwsza miłość. Pierwszy raz cieszyłam się z małych, prostych rzeczy. To była euforia - pisałam listy, wielbiłam, śmiałam się głośno do nieba. Czułam, jak uczucie rośnie we mnie, wywołując szybkie bicie serca i cięższy oddech. Miłość mnie wypełniała, wywoływała dziwny dyskomfort w okolicach mostka, zaciskała gardło. Przeszłam nad tym do porządku dziennego, uznając to za naturalny objaw zakochania. Muszę kiedyś zapytać kogoś, czy też odczuwa takie miłosne podekscytowanie.


Gdy opowiadam o przeszłości, targają mną sprzeczne uczucia. Nadal nie wiem, jak patrzeć na to, jak ocenić siebie, Sophię, konkretne wydarzenia na tle całokształtu. Jak już wspomniałam, podejrzewam, że wszelkie akty niepewności były u niej spowodowane niedowartościowaniem, a także problemami, które posiadała w życiu osobistym. Z niepewności wynikały częste rozstania i powroty. Powody były nieistotne, zawsze jakiś się znalazł. A ja kochałam tak mocno, że każdy z nich był dla mnie bezsensowny. Chciałam być z nią zawsze, na zawsze. Każde rozstanie ciągnęło mnie w dół, a powrót przywiązywał mnie do niej coraz bardziej i bardziej. Moje życie było bałaganem. Z biegiem czasu świadkiem tych upadków stał się mój przyjaciel. Christopher za każdym razem podnosił mnie i tłumaczył, że walka o Sophię jest bezcelowa. Że za bardzo biorę do siebie jej problemy, że angażuję się za mocno. Byłam głucha i ślepa. Nie zgadzałam się z nim, absolutnie. Wiesz, prawda jest taka, że byłam tak zaślepiona faktem, że ona mnie potrzebuje, że zapomniałam o sobie. O tym, że ja też potrzebuję wsparcia, dużej ilości uwagi, pomocy w problemach. Dobrze, że poza Sophią miałam też przyjaciół. Co prawda nie słuchałam Chrisa i nie chciałam nic mówić Marii, ale gdyby ich przy mnie nie było, pewnie wpadłabym rychło w otchłań szaleństwa. Christopher przypominał, Maria pomagała zapomnieć.


Najgorszy okres nadszedł, gdy stwierdziłam, że powinnyśmy się rozstać. Po raz pierwszy w czasie tej całej maskarady to ja wyszłam z inicjatywą rozstania. Usprawiedliwiłam to kwestią, że powinna się skupić na nauce do nadchodzącego egzaminu dojrzałości, że ma wystarczająco dużo problemów i odejmę jej jeden. Bo, jak wiesz, miłość homoseksualna jest nadal w pewnym stopniu moralnie zakazana, mimo że społeczeństwo zaczyna o tym głośniej mówić. Niestety, nawet w tych czasach nie możesz swobodnie kochać człowieka, jeżeli jest on tej samej płci. To znaczy, owszem, możesz - jeżeli masz ku temu warunki, by związek był jawny, żebyś nie musiała się bać, rozumiesz. Sophia takich warunków nie miała - chcąc nie chcąc, żyła w otoczeniu, w którym otwarcie tępiono homoseksualizm.
Ale w głębi duszy wiem, że zaproponowałam rozstanie, bo miałam tego dosyć. Że to za bardzo bolało, że chciałam żyć inaczej. Naiwnie sądziłam, że cierpienie skończy się jak za pstryknięciem palcami. Teraz jednak wiem, że Sophia była moją heroiną, a okres po ostatecznym rozstaniu był dla mnie niczym odwyk. Tak, zdecydowanie w ciągu tych sześciuset osiemdziesięciu dni uzależniłam się od tej dziewczyny. Nosiłam w sobie swego rodzaju żałobę po tym wydarzeniu. Szukałam sposobu, by zapomnieć, zacząć nowe życie. Wplątałam się w kilka romansów, wyzbywając się resztek szacunku dla swojego ciała. Trafił się również jeden związek i był on najkrótszym w całym moim życiu. Pozostawił we mnie świadomość, że zraniłam niewinną, wspaniałą osobę. Pomogło mi to również zrozumieć coś jeszcze - że dalej kocham Sophię. Postanowiłam, że poproszę ją, by wróciła, gdy będzie miała za sobą kluczowy egzamin. Czekanie było ciężkie, ciągle byłam niespokojna i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.
Gdy nadszedł moment prawdy, czułam, jakbym miała się dowiedzieć, czy będe dalej żyć, czy może czeka mnie śmierć. I wtedy poczułam, jak rzeczywistość wymierza mi siarczysty policzek,

"Nie, nie chcę tego na nowo przeżywać. Nie wrócę do Ciebie, Damaris. Kocham Cię tylko i wyłącznie jak siostrę."

po którym upadłam na lodowatą posadzkę na długo, bardzo długo. I obojętnie ile osób chciało mi pomóc wstać, ja nie chciałam. Boże, dlaczego? Czy cały ten czas mnie okłamywała, czy te wszystkie wspaniałe chwile, którymi się wspólnie cieszyłyśmy, były nieprawdziwe? Czy całe moje szczęście było oparte na złudzeniu, kłamstwie?
Umierałam. Sophia... Tak bardzo chciałam ją wtedy znienawidzieć. Zapomnieć o niej, o wszystkim, co z nią związane. Ale mimo to miałam już dosyć tłumienia bólu w niezobowiązującym seksie. Powiem Ci coś, co zrozumiałam z biegiem czasu - nie ma czegoś takiego, jak seks bez zobowiązań. Seks jest wystarczająco poważną sprawą, by traktować go jako zobowiązanie. Każdy stosunek pozostaje w pamięci, szczególnie, gdy ma się wrażliwą naturę. A już w ogóle, gdy jest się słabą desperatką, jaką byłam ja. Zatem - całe szczęście - pozostawiłam sobie choć resztkę szacunku do swojego i tak już zużytego, nic niewartego ciała.

sobota, 9 października 2010

oranyranyrany

jestem tak szczęśliwa, że nie mogę zasnąć. powinnam wstać o 5-4, więc zastanawiam się, czy jest sens, by kłaść się w ogóle, skoro jest już wpół do drugiej.

pamiętam, jak siedziałam mu na kolanach, przytulał się do mnie i wyszeptał mi do ucha "zakochałem się w tobie". nie sądziłam, że wkrótce w podobnym położeniu i niedalekiej okolicy usłyszę kolejne słowa, które uczynią mnie najszczęśliwszą na świecie kobietą. Jego Kobietą.

"wyjdziesz za mnie?"

zatkało mnie nie dlatego, że się zawahałam. nie wahałam się ani chwili, od razu wiedziałam, co odpowiem. ale to, co usłyszałam, ta świadomość, że pytanie jest jak najbardziej poważne. ciepło jego dłoni i te oczy... oczy, które tak cholernie uwielbiam, które są ciepłe i drapieżne zarazem, które hipnotyzują i zabierają dech samym spojrzeniem. za dużo bodźców. wykrztusiłam więc z lekkim opóźnieniem

tak

bo chcę i jestem tego nader pewna.