piątek, 22 października 2010

damaris I

bardzo dawno nie pisałam żadnego opowiadania. trochę mi tego brakowało, więc postanowiłam coś z tym zrobić. wiem, że powrót do formy będzie ciężki i bestsellerów pisać nie będę (bo nigdy nie pisałam). ale pisanie mi pomaga, bardzo. postanowiłam zatem odpalić serię kompletnego burdelu pisarskiego, połączenie filozofii z fikcją rzeczywistości i innymi paradoksami. trudno to nazwać w sumie. pisałam to w takiej formie, jakby ktoś opowiadał mi swoją historię, a ja wiernie bym ją spisywała. chciałam podkreślić, że wszelka zbieżność imion bądź zdarzeń jest całkowicie przypadkowa. i radzę tego nie poddawać pod wątpliwość, bo jestem nerwową dziewczynką i potrafię wyskoczyć z mordą jak będzie trzeba. fikcja literacka, i już.
cykl damaris uznaję za rozpoczęty. a ile partów będzie, to już się zobaczy. i bardzo mi zależy, żeby poprowadzić cykl od początku, do końca. dziękuję i przepraszam za tak beznadziejny kawałek, jaki tu poniżej prezentuję.
___________________________

"Damaris I"



Najrudniejsze pytanie, jakie można mi zadać, to "kim jesteś?". Kim jestem, kim byłam i kim będę? Jak zebrać każdy czynnik - zainteresowania, osobowość, uczucia, poglądy, może wygląd - do małej wypowiedzi, która posłuży za definicję mojej osoby pod względem fizycznym i psychicznym? Czy takie pytanie ma sens? W każdym etapie swojego życia zmieniamy się, czasami wręcz diametralnie. Za rok mogę kompletnie inaczej odpowiedzieć na tę kwestię, bogatsza w nowe doświadczenia, czy przemyślenia. Czy jednak naprawdę tak bardzo się zmieniamy? Może tylko nam się tak wydaje? A jeśli nie, to jaki jest sens zadawania tego pytania?
Z drugiej strony, jak inaczej dać się poznać drugiemu człowiekowi? O co innego pytać drugą osobę? Oczywiście, zapoznajemy się również z pomocą innych pytań, ale przedstawiając się, często jesteśmy proszeni o powiedzenie czegoś o sobie - "kim jesteś?". To przecież takie proste, prawda? Więc czemu czasem zastanawiamy się nad tym tak długo?
Kim jesteś, Damaris? Kim byłaś danego dnia, jak się zmieniłaś, dlaczego?


Przeszłość nawiedza mnie każdego dnia. Jest częścią mnie, nieodłączną, upartą, w większości bolesną. Każdego dnia patrzę na nią inaczej, mój pogląd się zmienia, pewne rzeczy mi się przypominają, inne umykają, jak liście rzucone do szybko płynącego strumienia.
Ostatnio pierwszy raz zaczęłam mówić o niej na głos, przed samą sobą. Zaczęłam rozważać, myśleć nad przyczynami konkretnych zmian, które zaszły we mnie. Czy to zwykły bieg czasu, lat, czy jakieś zdarzenia w moim życiu pozostawiły we mnie rany, po których już zawsze zostaną blizny?
Dlaczego przeszłość kojarzy mi się w większości negatywnie? Z bólem, żalem, nieustannym mętlikiem w głowie? Mętlik ten w końcu przybrał taki rozmiar, że nie starałam się już rozumieć czegokolwiek - swoich uczuć, zachowań, emocji. Zgubiłam siebie, tłumiłam zagubienie w gorzkim dymie i wymuszonej, sztucznej bliskości. Ale, stop. Znowu wybiegam do przodu, masz rację. Muszę zacząć od początku.


Wszystko zaczęło się od przyjaźni z Sophią. Była to piękna, młoda kobieta. Szalenie inteligentna, miała jedną wadę - nie była świadoma własnej wartości, przez co brak jej też było zdecydowania i pewności siebie. Ludzie mówili mi, że z pozoru sprawiała wrażenie bardzo chłodnej i zdystansowanej. Ja powiem Ci, jak to było naprawdę - była po prostu nieśmiała. Bardzo możliwe, że również przestraszona - piękne, czekoladowe oczy okolone gęstymi, długimi rzęsami kryły głęboko w sobie przykrą prawdę, jaką znały o życiu. Los nie oszczędził jej niewinności, a ona, niezmiennie czysta, przyjmowała codzienność z pokorą. Jako, że jest moją przyjaciółką, zdradzić Ci nie mogę dokładniej, w czym rzecz. Nie mogę i nie chcę, ale wierz mi - nigdy nie poznałam drugiej tak dzielnej kobiety, jak Sophia.
Uwielbiałam te spotkania mroźną zimą nad kubkiem gorącej czekolady. Zainspirowała mnie, zaszczepiła delikatne zamiłowanie do poezji, pomogła odkryć głębiej uroki literatury. Otworzyła moje zmysły na nowe kolory, zapachy i smaki. Ubarwiła moje życie. Z czasem wspólne szepty nad filiżanką cynamonowej herbaty stawały się cieplejsze i śmielsze. Nie obawiałam się samej miłości do kobiety. Trwogą napełniał mnie fakt, że kobieta, którą pokochałam, jest moją przyjaciółką. A często przecież się zdarzało, że miłość psuła przyjaźń. Potem następowała samotność, gryziona przez wyrzuty sumienia. Nie chciałam tego. Schowałam to uczucie do szuflady, wmówiłam sobie, że nie istnieje.
Komoda przewróciła się, gdy z jej pięknych, wykrojonych w serce ust wypłynęło wyznanie miłosne. Nigdy wcześniej nie czułam takiego szczęścia. Mogę śmiało stwierdzić, że była to pierwsza miłość. Pierwszy raz cieszyłam się z małych, prostych rzeczy. To była euforia - pisałam listy, wielbiłam, śmiałam się głośno do nieba. Czułam, jak uczucie rośnie we mnie, wywołując szybkie bicie serca i cięższy oddech. Miłość mnie wypełniała, wywoływała dziwny dyskomfort w okolicach mostka, zaciskała gardło. Przeszłam nad tym do porządku dziennego, uznając to za naturalny objaw zakochania. Muszę kiedyś zapytać kogoś, czy też odczuwa takie miłosne podekscytowanie.


Gdy opowiadam o przeszłości, targają mną sprzeczne uczucia. Nadal nie wiem, jak patrzeć na to, jak ocenić siebie, Sophię, konkretne wydarzenia na tle całokształtu. Jak już wspomniałam, podejrzewam, że wszelkie akty niepewności były u niej spowodowane niedowartościowaniem, a także problemami, które posiadała w życiu osobistym. Z niepewności wynikały częste rozstania i powroty. Powody były nieistotne, zawsze jakiś się znalazł. A ja kochałam tak mocno, że każdy z nich był dla mnie bezsensowny. Chciałam być z nią zawsze, na zawsze. Każde rozstanie ciągnęło mnie w dół, a powrót przywiązywał mnie do niej coraz bardziej i bardziej. Moje życie było bałaganem. Z biegiem czasu świadkiem tych upadków stał się mój przyjaciel. Christopher za każdym razem podnosił mnie i tłumaczył, że walka o Sophię jest bezcelowa. Że za bardzo biorę do siebie jej problemy, że angażuję się za mocno. Byłam głucha i ślepa. Nie zgadzałam się z nim, absolutnie. Wiesz, prawda jest taka, że byłam tak zaślepiona faktem, że ona mnie potrzebuje, że zapomniałam o sobie. O tym, że ja też potrzebuję wsparcia, dużej ilości uwagi, pomocy w problemach. Dobrze, że poza Sophią miałam też przyjaciół. Co prawda nie słuchałam Chrisa i nie chciałam nic mówić Marii, ale gdyby ich przy mnie nie było, pewnie wpadłabym rychło w otchłań szaleństwa. Christopher przypominał, Maria pomagała zapomnieć.


Najgorszy okres nadszedł, gdy stwierdziłam, że powinnyśmy się rozstać. Po raz pierwszy w czasie tej całej maskarady to ja wyszłam z inicjatywą rozstania. Usprawiedliwiłam to kwestią, że powinna się skupić na nauce do nadchodzącego egzaminu dojrzałości, że ma wystarczająco dużo problemów i odejmę jej jeden. Bo, jak wiesz, miłość homoseksualna jest nadal w pewnym stopniu moralnie zakazana, mimo że społeczeństwo zaczyna o tym głośniej mówić. Niestety, nawet w tych czasach nie możesz swobodnie kochać człowieka, jeżeli jest on tej samej płci. To znaczy, owszem, możesz - jeżeli masz ku temu warunki, by związek był jawny, żebyś nie musiała się bać, rozumiesz. Sophia takich warunków nie miała - chcąc nie chcąc, żyła w otoczeniu, w którym otwarcie tępiono homoseksualizm.
Ale w głębi duszy wiem, że zaproponowałam rozstanie, bo miałam tego dosyć. Że to za bardzo bolało, że chciałam żyć inaczej. Naiwnie sądziłam, że cierpienie skończy się jak za pstryknięciem palcami. Teraz jednak wiem, że Sophia była moją heroiną, a okres po ostatecznym rozstaniu był dla mnie niczym odwyk. Tak, zdecydowanie w ciągu tych sześciuset osiemdziesięciu dni uzależniłam się od tej dziewczyny. Nosiłam w sobie swego rodzaju żałobę po tym wydarzeniu. Szukałam sposobu, by zapomnieć, zacząć nowe życie. Wplątałam się w kilka romansów, wyzbywając się resztek szacunku dla swojego ciała. Trafił się również jeden związek i był on najkrótszym w całym moim życiu. Pozostawił we mnie świadomość, że zraniłam niewinną, wspaniałą osobę. Pomogło mi to również zrozumieć coś jeszcze - że dalej kocham Sophię. Postanowiłam, że poproszę ją, by wróciła, gdy będzie miała za sobą kluczowy egzamin. Czekanie było ciężkie, ciągle byłam niespokojna i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.
Gdy nadszedł moment prawdy, czułam, jakbym miała się dowiedzieć, czy będe dalej żyć, czy może czeka mnie śmierć. I wtedy poczułam, jak rzeczywistość wymierza mi siarczysty policzek,

"Nie, nie chcę tego na nowo przeżywać. Nie wrócę do Ciebie, Damaris. Kocham Cię tylko i wyłącznie jak siostrę."

po którym upadłam na lodowatą posadzkę na długo, bardzo długo. I obojętnie ile osób chciało mi pomóc wstać, ja nie chciałam. Boże, dlaczego? Czy cały ten czas mnie okłamywała, czy te wszystkie wspaniałe chwile, którymi się wspólnie cieszyłyśmy, były nieprawdziwe? Czy całe moje szczęście było oparte na złudzeniu, kłamstwie?
Umierałam. Sophia... Tak bardzo chciałam ją wtedy znienawidzieć. Zapomnieć o niej, o wszystkim, co z nią związane. Ale mimo to miałam już dosyć tłumienia bólu w niezobowiązującym seksie. Powiem Ci coś, co zrozumiałam z biegiem czasu - nie ma czegoś takiego, jak seks bez zobowiązań. Seks jest wystarczająco poważną sprawą, by traktować go jako zobowiązanie. Każdy stosunek pozostaje w pamięci, szczególnie, gdy ma się wrażliwą naturę. A już w ogóle, gdy jest się słabą desperatką, jaką byłam ja. Zatem - całe szczęście - pozostawiłam sobie choć resztkę szacunku do swojego i tak już zużytego, nic niewartego ciała.

1 komentarz: